Z wizytą u Riders of IPA Nowy Targ
Wielki Turniej Kręglarski

prev next

Moto - Mikołaje
Z wizytą na Oddziale Dziecięcym w Dębicy

prev next

Nieborów - Jesienny Kongres PRM


prev next

Spotkanie Grupowe kończące sezon 2015
Bartkowa nad J. Rożnowskim

Dziękujemy naszym Przyjaciołom z Riders of IPA Tarnów, Riders Of IPA Nowy Targ oraz "Gromowi" i Kazikowi za to, że byliście.

prev next

Grupowy, turystyczny wyjazd na Węgry

Słowacki Raj


9 września. Środa. Pierwszy dzień naszego wyjazdu. Zgodnie z naszymi ustaleniami jestem przed dziewiątą na Grosarze w Ładnej. Kilka ujęć kamerą i tego chłodnego poranka oczekuję na Viko. Dzwoni telefon. To Grom. Już daje znać, że jest gotowy do drogi. Dołączy do nas dopiero za Jedliczami, ale jak mówi, „u nich słoneczko już świeci”. To dobry znak, choć u nas ponuro i szaro.

Podjeżdża Viko. Chwila powitania i ruszamy w drogę.

Pilzno, Jasło… kolejne kilometry połykają nasze stalowe rumaki i zanim się obejrzeliśmy jesteśmy przed czasem w umówionym miejscu. Groma jeszcze nie ma. O 10.30 pojawia się i Tedi. Chwila powitania oraz obgadania drobnych szczegółów i ruszamy w drogę na Barwinek. Tedi prowadzi skrótami i niebawem mijamy Duklę. Przed nami przejście graniczne na Słowację. Tu jeszcze tankowanie pod korek. Wiadomo, każde euro będzie się liczyć.

Po przekroczeniu granicy pogoda nas nie rozpieszcza. Jest cały czas pochmurno i zimno. Dobrze, że skóry chronią nas przed chłodem i co najważniejsze, dobrze, że nie pada. Częściowo autostradą, częściowo lokalnymi drogami pomykamy w kierunku Słowackiego Raju. To pierwszy cel naszej wyprawy. Wprawdzie wejście na szlaki turystyczne zaplanowaliśmy dopiero na jutro, ale dziś musimy znaleźć metę lub nocleg na campingu. Jest dobrze po siedemnastej, gdy docieramy do Podlesoku; miejscowości położonej nieopodal wejścia na szlaki turystyczne. Płacimy za miejsce na campingu i rozbijamy namioty. Już teraz widać, że śnieg, który spadł w Tatrach zwiastuje nam zimną noc. Czas by coś rzucić na ruszt. Obydwie nasze kuchenki na pełen gaz. Jest już gorący posiłek do spożycia i po nim wraca nam ochota do życia. Tuż obok nas rozlokowała się grupka studentów z Niemiec. Jest wśród nich kolega z Krościenka, który wyemigrował z rodzicami na zachód. Studiuje polonistykę, więc nie mamy problemu z wymianą poglądów i towarzyskich rozmów. Przy wspólnych opowieściach spędzamy razem ten wieczór.

Poranek budzi nas promieniami słońca. W oddali zaś, ukazują się naszym oczom zaśnieżone szczyty Tatr. To teraz przynajmniej wiemy, dlaczego nocą było nam tak piekielnie zimno. Viko mówi, że nic się nie wyspał. Nawet uszy mu zmarzły.

Szybko coś gorącego dla rozgrzania, coś na ząb i ruszamy w drogę na szlak. Wybrałem najbardziej uczęszczany i chyba najłatwiejszy szlak w sam raz na możliwości moich Kumpli. Gdy wchodzimy w gęstwinę lasu, którą rozpoczyna szlak Sucha Bela, jesteśmy pełni optymizmu, że wszystko będzie OK!

Trochę ruchu i już jesteśmy spoceni. Człowiek przez tę pracę całkowicie stracił kondycję. Im bardziej zagłębiamy się w gęstwinę, tym bardziej Słowacki Raj ukazuje nam swoje tajemnice. Przepiękne skały, wysokie wąwozy, szmer potoku oraz wszechobecna zieleń dodaje temu miejscu tajemniczości i uroku. Zachwyceni widokami nawet nie spostrzegamy trudności w postaci drabinek, łańcuchów czy podestów, które mamy pod stopami. Pokonując wspaniałe wodospady jesteśmy tylko jeszcze bardziej ciekawi jaką niespodziankę chowa dla nas przyroda za następnym załomem skalnym. Z każdą chwilą nabieramy wysokości. Las zaczyna się przerzedzać. To znak, że zbliżamy się do szczytu. Widać także, że sezon turystyczny zbliża się ku końcowi. Zaledwie kilka grupek turystów mijamy na szlaku. Tak więc to dobry czas, by w spokoju móc wejść i zagłębić się w tajemniczość i piękno tego miejsca.

Po trzech godzinach marszu jesteśmy na szczycie. Szlak przeobraża się teraz w asfaltową drogę i nią dochodzimy do rozwidlenia. Tu można dalej kontynuować wędrówkę w inne miejsca Słowackiego Raju. My wybieramy trasę powrotną do Podlesoka. Teraz czeka nas dwie godziny spaceru w dół, żwirową drogą, która co jakiś czas zbacza w las, by skrócić czas wędrówki. Już nie musimy zwracać uwagi na kamienie. Droga jest w miarę bezpieczna. Śmiało więc oddajemy się pogawędkom na różne tematy. Nawet nie zauważamy jak czas szybko mija i jesteśmy na powrót przy naszym campingu.

Teraz szybko zwijamy namioty. W międzyczasie jemy coś na szybko. Płacimy za pobyt i ruszamy w dalszą drogę. Jeszcze dziś przed nocą planujemy dotrzeć do granicy z Węgrami i tam zanocować w okolicy Aggtelek.

prev next

Jaskinia Baradla w Aggtelek

Ujechaliśmy zaledwie kilkanaście kilometrów i pogoda zmienia się diametralnie. Zaczyna pokrapywać deszcz. Po następnych kilometrach mamy już dość! Nie da się jechać bez deszczówek. Krótki postój i już jesteśmy ubrani w odzież ochronną. Teraz jednak już nie pada. Teraz leje jak z cebra! Zaczynamy zdawać sobie sprawę, że przy takiej pogodzie, na miejscu będziemy już wieczorem. Żeby tylko znaleźć jakąś metę, bo rozbijanie namiotu w taką aurę będzie koszmarne.

Jest już szarówka, gdy stajemy na parkingu nieopodal jaskini. Wszędzie pusto. Ani żywej duszy. Viko wklepuje w nawigację pytanie o jakiś nocleg. Bez odzewu. Total porażka. Viko mówi, że najwyżej rozłoży śpiwór i prześpi na ławce pobliskiej wiaty. Postanawiamy podjechać trochę wyżej na drugi parking.

Jest! Przed nami hostel! Tuż obok wejścia do jaskini. Nooo, ale cena powala w stosunku do warunków. Nie mamy jednak zbyt dużego wyboru. Albo suchy dach nad głową i spokojny sen, albo nie wiadomo gdzie szukać schronienia. Zapada decyzja, że zostajemy.

Rozlokowujemy się w pokoju. Nareszcie sucho i nie pada z góry. Tylko z przemoczonych deszczówek jeszcze obficie kapie woda. Ciuchy będą nam długo schnąć. Zmęczeni otwieramy konserwy, by coś zjeść. Gorący kubek oraz prysznic stawiają nas na nogi. Otwieramy też „łyskacza” na rozgrzewkę. Po pierwszym łyku, jest już o niebo lepiej.

O jak błoga była ta noc. Sen ukoił rany i marzymy o wspaniałym dniu. Nieśmiałe promienie słońca majaczące na kroplach porannej rosy zwiastują dobrą pogodę.

Na śniadanie…, a jakże! Konserwa! A co by innego! Pakujemy jeszcze mokre ciuchy w sakwy, by po zwiedzaniu jaskini ruszyć w dalszą drogę. Nie wiemy jeszcze gdzie. Plany mamy nie do końca ustalone. Mamy dylemat: czy jechać nad Balaton, czy go odpuścić. Nie jesteśmy pewni pogody. Jak będzie padać podróż w to miejsce będzie totalną klapą. Decyzję zostawiamy na później.

Jest godzina dziesiąta, gdy wchodzimy do jaskini. Ogarniają nas egipskie ciemności, jednak oczy otwieramy ze zdziwienia jakie to piękności schowała ziemia przed nami. Nie jedną jaskinię zwiedziłem, ale ta swoją szatą naciekową bije wszystkie na łeb na szyję. Nasza fascynacja tym miejscem jest ogromna. Ten ukryty świat korytarzy pozwala nam zapomnieć o wszelkich niedogodnościach jakie pokonaliśmy by tu dotrzeć. Warto było je ponieść, by to zobaczyć. Półtorej godziny fascynacji naturą upływa jak jedna krótka chwila.

Promienie słońca znów rozjaśniają świat, gdy opuszczamy ciemne korytarze. Jednakże ten błogi stan nie trwa długo. Ledwie ruszyliśmy w dalszą drogę, a pogoda znowu płata nam figla. Nie pada jednak tak obficie jak wczoraj. Kropi, więc można jechać bez deszczówek.

Kierujemy się w stronę Miszkolca. Przed nami około 70 kilometrów do przebycia. Powinniśmy być na miejscu późnym popołudniem. Będzie więc czas, na znalezienie noclegu. Słyszałem wszak, że jednak miejscowi mieszkańcy nie do końca wykorzystali możliwości czerpania korzyści z ciepłych źródeł Miszkolca i baza turystyczna jest tu skąpą. Czy nasze przewidywania się spełnią?

prev next

Miszkolc, Eger, Budapeszt

Te parę kilometrów przemknęliśmy niepostrzeżenie. Na próżno było jednak szukać w Miszkolcu campingu lub chociażby pola namiotowego. Wszystkie adresy z navi kończyły się tym samym. Przed nami puste zarośnięte place. Żadnej bazy turystycznej. Jak widać mając taki potencjał turystyczny do wykorzystania, zapomniano, że to turyści są źródłem dochodu.

Zatrzymujemy się na parkingu tuż obok akwaparku. „I co robimy?” – padają pytania. Nagle podchodzi do nas starsza pani i trochę łamaną polszczyzną, trochę po słowacku, oferuje nam nocleg. „Ile?” – pada pytanie. 25 euro za dobę, od osoby. Drogo, ale wiemy, że to standard w tej okolicy. Krótkie targowanie i zbijamy cenę do 20 euro. Już po chwili parkujemy w garażu po przeciwnej stronie parkingu. Przynajmniej moto będzie bezpieczne tej nocy, choć są tak brudne, że aż żal na nie patrzeć. Dostajemy pokój z balkonem i aneksem kuchennym. Korzystamy z tego i przygotowujemy gorący posiłek.

Jest koło siedemnastej gdy wyruszamy na obchód kurortu i zrobienie niezbędnych zakupów. Nie zapominamy również o dokumentacji z naszego pobytu. Wiemy już, że do akwaparku mamy kilka minut drogi.

Wieczór spędzamy w pokoju przy pogawędkach. Niestety kupiona groszkówka, po prostu nie nadaje się do picia. Jedna chemia. Natomiast buteleczka whisky smakuje wyśmienicie. Sen dopiero nas zmorzył po północy.

Poranek budzi nas promieniami słońca. Jednak ten błogi stan nie trwa długo. Po godzinie znów robi się szaro i pochmurnie. Jemy śniadanie i wyruszamy na termy. W reklamówkach najpotrzebniejsze rzeczy: klapki, kąpielówki, ręcznik. Tuż po dziesiątej jesteśmy przed akwaparkiem. Wchodzimy do środka… a tu niespodzianka! Żadnej żywej duszy. „Z przyczyn technicznych termy nieczynne”. Pech nie z tej ziemi. Widać los uznał, że mieliśmy dość wody po wczorajszym przemoczeniu i więcej nam nie potrzeba.

Rozczarowani wracamy do pokoju i podejmujemy decyzję – jedziemy do Egeru. Dobrze, że jeszcze przed wyjściem na termy spakowaliśmy się i gotowi jesteśmy do drogi.

Wracamy do centrum Miszkolca i skręcamy w drogę do Egeru, która prowadzi przez zalesiony teren. To Park Narodowy Węgier – Lasy Bukowe.

Pogoda nie powala. Połykamy kolejne kilometry przemierzając Rezerwat Lasów Bukowych. Świetna droga na upalne dni. Sporo winkli i zawijasów kryjących się w gąszczu zielonego lasu. Czasami ukazują się piękne widoki na okoliczne, porośnięte bukami wzgórza. Jedziemy nie szybko, bo nawierzchnia po opadach wieczornego deszczu jeszcze wilgotna. Zatrzymujemy się na krótki odpoczynek na niewielkiej polanie, gdzie jak wnioskujemy, rozpoczyna się wiele szlaków turystycznych wiodących w te zielone wzgórza. Obok niewielki szałas dla strudzonych wędrowców, a tuż obok solidne schronisko. Kilka łyków gorącej kawy z termosu i ruszamy w dalszą drogę.

Przed wjazdem do Egeru, wyjeżdżając z Lasów Bukowych już widzimy, że pogoda się poprawia. Jesteśmy coraz bardziej na południe, więc i temperatury idą w górę.

Gdy parkujemy w samym centrum miasta, jest już tak ciepło, że musimy zrzucić z siebie skóry. Zatrzymujemy się w rynku, tuż obok ruin wielkiego zamczyska. Czas na zwiedzanie. Kilkanaście metrów pod górę i już jesteśmy pod jego murami.

Kilka wspólnych fotek, bo wejście, tak jak przewidywaliśmy za opłatą i z powrotem pod maszyny. Viko wpisuje w navi adres, gdzie mamy podjechać po zakupy. Dolina Pięknej Pani, bo tak nazywa się ta cześć Egeru, słynie z urokliwych piwniczek w których producenci wina zachwalają swoje specjały. Parkujemy na niewielkim parkingu. Wchodzimy do pierwszej z brzegu piwniczki. Znikamy w ciemnym i chłodnym korytarzu wiodącym do centrum lokalu. To nic innego jak swego rodzaju restauracja lub jak kto woli pijalnia win. Wybór niesamowity. Widok butelek pełnych wina zachęca do zakupów, a tym bardziej do ich degustacji. Na ścianach widnieją wszelakiego rodzaju odznaczenia, medale i dyplomy jakie to sprzedawca i wytwórca win otrzymał za swoje wyroby po obfitych zbiorach.

Zakupy dla najbliższych zrobione. Aż ślinka cieknie na samą myśl o degustacji. Jednak my na moto, więc musimy obejść się smakiem, niestety.

Opuszczamy chłód piwnicy i wychodzimy na zewnątrz. Podmuch gorącego powietrza uderza nas w twarz. Narzekaliśmy na deszcz, teraz mamy lampę. Pakujemy zapasy i w drogę. Przed nami jeszcze 160 kilometrów do Budapesztu; celu dzisiejszej podróży

prev next

Część drogi do Budapesztu pokonujemy autostradą. To pozwoliło nam skrócić czas przejazdu. Jesteśmy w stolicy Węgier. Przejazd przez miasto w godzinach szczytu pod Górę Gellerta zajmuję nam dobre półgodziny. Jedziemy przez zatłoczone ulice co chwilę zatrzymując się na kolejnych światłach. Stajemy w bocznej uliczce prowadzącej na wzgórze zamkowe. Viko wpisuje w navi adres najbliższego campingu. Według nawigacji do celu mamy jeszcze około 4 kilometrów. Ruszamy. Droga wiedzie przy bulwarach tuż obok Dunaju. Trafiamy bez większego problemu. Sam camping położony w centrum miasta. Nocleg 3000 forintów od osoby. Zatrzymujemy się na dwie doby. Gdy ja dopełniam formalności meldunkowych, Viko i Tedi, szukają miejsca na rozbicie namiotów. Widać, że to miejsce cieszy się dużym powodzeniem wśród turystów. Nic dziwnego. Lokalizacja doskonała, wszędzie schludnie. Toalety i natryski błyszczą czystością. Nawet wydzielono miejsce z pralkami. Obok nas zaparkowane kampery z całej Europy. Są Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi, Szwajcarzy, Słowacy, Włosi. Nie brakuje także i naszych ziomali.

Rozbijamy namioty i idziemy na zakupy do pobliskiego supermarketu. To jeszcze jedna zaleta tego campingu. Wszystko na przysłowiowy rzut beretem.

Zakupy zrobione, tak więc czas na małe co nie co. Parówki i kiełbasa na gorąco smakują nam wyśmienicie.

Jestem zmęczony i trochę senny po wrażeniach dnia. Kładę się wcześniej spać, jednak Viko i Tedi, długo jeszcze rozprawiają o różnych sprawach, racząc się smakiem węgierskiego złotego trunku.

Szósta godzina. Ja już na nogach. Z namiotów Viko i Tediego słyszę niesforne pomruki, że tak wcześnie zrywam ich na nogi i nie daję się im wyspać. Wstają choć z wielką dozą niezadowolenia i ociągania. Wszak czeka nas zwiedzanie miasta.

Śniadanie, poranna kawa i jedziemy na Wzgórze Zamkowe. Gdy dojeżdżamy, okazuje się, że wjazd w strefę jest płatny. No cóż, skoro już tu jesteśmy, musimy zobaczyć to miejsce.

Wykupujemy wjazdówki i parkujemy maszyny. Tłok niesamowity. Plątanina ludzi chodzących w tą i drugą stronę. Na Wzgórze Zamkowe jednak nie wchodzimy. Nie zwiedzamy samego zamku, fontanny Macieja. Wstęp wszędzie płatny. Zauważam jednak, jak to miejsce zmieniło się od czasu kiedy byłem tu przed laty. Pełna komercja zjada wizerunek i klimat tego miejsca. Liczy się tylko pieniądz i zysk. Wspaniałe budowle szpecą to tu, to tam ustawione szmaciane namioty, zasłaniając to, co w tym miejscu jest najcenniejsze. Dobrze, że jeszcze widoku na Dunaj ze wzgórza nie zrobili płatnego.

Wśród kłębiących się turystów napotykamy motocyklistę ze Śląska, a konkretnie z Pszczyny. Fajnie, bo przynajmniej w końcu mamy wspólną fotę z widokiem na Budapeszt. Naszą uwagę zwraca akurat dokonywana zmiana warty, przy Pałacu Prezydenckim. Choć mamy odczucie, że bardziej dla celów widowiskowych i rozprostowania kości.

Spod Zamku Królewskiego dochodzimy na plac przed Katedrą Macieja. Tu w oddali, tuż przy Basztach Rybackich, stoi pomnik Króla Stefana. Wokół ludzi co nie miara. A to jeden filmuje, a to drugi trąca drugiego, trzeci robi zdjęcia, jeszcze inni zasłuchani w melodie z całego świata wygrywane tu przez zespoły ludowe ubrane w węgierskie stroje. Dziwne to miejsce i to miasto. Wszak splatają się tu kultury z różnych stron świata, ale gubi się czar i tajemniczość jaką kiedyś można było tu spotkać.

Ponieważ parking mieliśmy opłacony tylko na godzinę, więc szybko jeszcze kilka zdjęć i wracamy do maszyn.

Wyjeżdżamy spod wzgórza i jedziemy na Górę Gellerta. Przynajmniej na parkingu więcej tu luzu. Parkujemy pod cytadelą i idziemy asfaltową drogą na szczyt. Co chwilę zatrzymujemy się, by zrobić fotkę z widokiem na panoramę miasta. Dochodzimy na szczyt i tu również kilka wspólnych ujęć. Widok z góry na wszystkie mosty łączące Bude i Peszt mogą zapierać dech w piersiach. Opuszczamy to miejsce zachowując we wspomnieniach wspaniałe widoki na to przepiękne miasto.

Siadamy na nasze maszyny i teraz przed nami to, co najbardziej lubią pradziwi motocykliści. Postanawiamy przejechać bulwarami wzdłuż Dunaju w jedną i w druga stronę. Ryk naszych maszyn przykuwa uwagę turystów, którzy pozdrawiają nas i robią zdjęcia. Pamiątka z tego naszego przejazdu znajdzie się chyba nie w jednym albumie.

Tak dojeżdżamy do mostu Arpada i do Wyspy Małgorzaty. Jest ona miejscem stałego odpoczynku i rekreacji mieszkańców Budapesztu. Spacer po ty miejscu pozwala i nam odsapnąć od ulicznego zgiełku. Zachęcają do tego parkowe alejki, położone wokół niejednego oczka wodnego, zaś szum pobliskiego wodospadu pozwala zapomnień o codzienności i przenieść się w błogi stan.

Po tej chwili wytchnienia wracamy na camping. Jeszcze po drodze zakupy w niewielkim sklepiku. Wszak dziś niedziela, więc markety zamknięte. Kolacja i spanie. Jutro pobudka i powrót do Polski.

Świt budzi nas pięknym słońcem. Jest przed dziesiątą, gdy regulujemy należności za pobyt i ruszamy w drogę. Nawet nie wiemy kiedy, jesteśmy już na granicy węgiersko-słowackiej. Tuż przed Chyżnym decydujemy się jechać przez Chochołów. Niestety, nadłożyliśmy drogi, ale objazdem zrobionym przez Słowaków, po prostu nie dało się przejechać.

Jest godzina 18.30, gdy dojeżdżamy zakopianką do Krakowa. Żegnamy tu Viko i w dalszą drogę jadę z Tedim. Żegnam go przed Tarnowem. Dalej pomknie już sam. Te ostatnie 80 kilosów będzie jechał już sam.

Ja zaś, siedząc już w domowym zaciszu, dostaję sms. To Tedi. Dojechałem szczęśliwie.


Zlot "Sherwood Riders" - Jedlicze

prev next

Powołanie Riders of IPA Nowy Targ

prev next

Kopalnia srebra w Tarnowskich Górach

prev next

Obchody Dni Gminy i Miasta Żabna

prev next

II Podhalański Zwyk - "Zbóje z Gór"

prev next

VI Orawski Rajd Motocyklowy

prev next

Słowacka "Mała Fatra"

Gdy wyjeżdżamy z Tarnowa mimo, iż to środek lata, jest chłodno. „Grom”, który razem z nami zabiera się na ten wyjazd, mówi, że gdy wyjeżdżał z Jedlicz, termometr wskazywał zaledwie 8 stopni.

Jedziemy do Myślenic, gdzie umówieni jesteśmy z ”Viko„ i „Witkiem”. Gdy skręcamy na BP w Myślenicach „Witek” jest już na miejscu i smacznie zajada hot doga.

Chwilę czekamy i pojawia się „Viko”. Krótkie powitanie i ruszamy Zakopianką w kierunku Rabki. Pomimo tego, że to pora wyjazdów weekendowych, ruch na Zakopiance nie jest duży. Z Rabki skręt w prawo na Chyżne. Po drodze zatrzymujemy się na poranne śniadanie w przydrożnej karczmie. Tu także krótka chwila i zastanowienie nad dalszym planem podróży. W drogę. Problemy nastąpiły po przekroczeniu granicy. Tak to jest jak zawierzy się nie do końca pewnej navi. Tracimy trochę czasu, by w końcu zadecydować o dalszej jeździe na drogowskazy. Z tej to przyczyny w Terchovej meldujemy się dopiero koło południa. Skręcamy w dolinę Vratną. Kiedy przejeżdżamy pół doliny, okazuje się, że przejazd jest zamknięty. Właśnie trwają lokalne zawody rowerowe. Podjeżdżam do policjanta blokującego wjazd i dowiaduję się, że za około półgodziny ruch zostanie odblokowany. Zapada decyzja, by nie tracić czasu, wrócić do centrum i zobaczyć pomnik Janosika. Tak też robimy. Zawracamy i po kilku minutach jesteśmy już na parkingu nieopodal widniejącego na wzgórzu pomnika Janosika, który według lokalnych przekazów urodził się właśnie w tej okolicy. Kilka fotek i ruszamy w kierunku wzgórza. Trochę wysiłku i po przejściu zboczem jesteśmy na szczycie. Wspólne foty i ruszamy w dół. Dalszy odpoczynek w lokalnej restauracji. Jakaś kawa, lody, kilka żartów i już na maszynach ruszamy w głąb doliny. Mijamy przydrożne skały, które dzielą dolinę na dwie części. Droga wije się między nimi. Jak się później okaże ładniejsze widoki mamy w drodze powrotnej. Gdy docieramy do końca doliny nie mamy gdzie zaparkować. Widać jak atrakcyjna turystycznie jest ta część „Małej Fatry”. Stajemy przytuleni do pobliskiego parkingu, by móc choć przez chwilę zabawić w tej okolicy. Dolina wabi swoimi urokami, by zapuścić się w otaczające ją góry. W oddali widoczna niedawno oddana do użytku kolejka gondolowa. Jeszcze kilka fotek i ruszamy w dół doliny. Staram się filmować nasz przejazd. Zobaczymy jakie będą tego efekty. Gdy pojawiamy się na parkingu przed „Janosikowymi Dziurami”, sytuacja wcale nie jest lepsza. Nie ma się gdzie wcisnąć, by znaleźć choć kawałek wolnego miejsca do zaparkowania. Udało się. Parkujemy ściśnięci jak sardynki. Chowamy kaski do samochodu i ruszamy na szlak.

Wybieramy tylko niewielki kawałek tego, co moglibyśmy zwiedzić. Jest już 15-ta, gdy ruszamy polną drogą w kierunku widniejącego lasu. Kilka minut marszu i jesteśmy już w jego cieniu. Chłód przepływającego potoku chłodzi nasze lica. Kilka przejść przez mostek i po około 20 minutach jesteśmy już pośród skał. Wspaniałe miejsce. Pełno tu wysokich na około 30 metrów pionowych skał. Wszędzie dużo mchów, paproci, drzew i zieleni, a to wszystko w otoce płynącej dołem wody z górskiego, bystrego potoku. Zachwyt nie pozwala, by szybko opuszczać to miejsce. Foty z aparatu lecą jedna za drugą. Widzimy tylko część szlaku, który moglibyśmy zobaczyć i oglądnąć, będąc tu przez kilka dni. Żal opuszczać to miejsce. Coś w duszy podpowiada, by iść dalej i zobaczyć co znajduje się za zakrętem, co kryje się za tamtą skałą. Świadomość jednak, że musimy wracać, bierze górę i ruszamy w drogę powrotną. Żal, jednak czas nagli. Schodzimy rześko i po półgodziny jesteśmy już z powrotem na parkingu. Warto by było powrócić tu na dłuższą kilkudniową wizytę. Może kiedyś znowu tu zawitamy.

Z parkingu ruszamy w drogę powrotną do kraju. Wracamy tą samą trasą. Mijamy granicę i zatrzymujemy się w tej samej karczmie co poprzednio. Wszak pasuje coś wrzucić na ruszt. Jest już przed 18-tą, gdy ruszamy w dalszą drogę. Dojeżdżamy do Zakopianki, a tu tradycyjnie korek. Szybka decyzja i robimy objazd przez Mszanę. Po drodze tankowanie, pożegnanie i ruszamy w dalszą drogę. W Myślenicach odjeżdża Viko i kieruje się na Kraków. Witek jedzie z nami jeszcze prawie do Łapczycy i odbija na Szarów. My jeszcze 40-ści kilosów starą czwórką i przed 21-szą jesteśmy w Tarnowie.

prev next

Wizyta na zlocie "Watahy"

prev next

II Bieszczadzki Rajd Motocyklowy

prev next

Oświęcim - Dzień Pamięci Narodowej

prev next

Lost Saints, Psycho Family - zlot w Srebrnej Górze

prev next

Skrzyszów - Festyn rodzinny z okazji Dnia Dziecka

prev next

Festyn rodzinny "Pomoc Amelce"

Dzięki hojności motocyklistów, na rehabilitację i zakup niezbędnych protez, przekazano Amelce symboliczny czek na kwotę 5.000 zł.
Jest nam miło, że mogliśmy na ten szlachetny cel dorzucić swoją cegiełkę.

prev next

Zlot "Brave Dogs" Jasło

prev next

V Motomajówka w Dębicy

prev next

Zlot w Mnikowie. Wycieczka po Jurze

prev next

II Spotkanie motocyklowe na Podhalu

prev next